Upadłe marzenia
Z kawą do mleka musiałem się ostatnio pożegnać. Z akwarium od dłuższego czasu nie mogę dojść do ładu. Samochodu jakiego chcę na pewno szybko nie kupię. To tylko część marzeń które umarły lub zostały odłożone na nieznaną dalszą przyszłość. Marzeń które prawdopodobnie nie zostaną już nigdy zrealizowane.
Natomiast powróciły do mnie inne marzenia które zrealizowałem w poprzednim roku. Marzenia które zrealizowałem w 1997 roku by je utracić kilka lat później. Jak je utraciłem, przez swoją głupotę. I na tym opis utraty się zakończmy, Po 18 latach zapragnąłem odzyskać swoje marzenia. Dzieci są duże, żona po cichu molestowana się zgodziła, została tylko realizacja planu jak odzyskać prawo jazdy kategorii A.
Plan obejmował po pierwsze lekarza. Znalazłem przychodnie w której lekarz ma uprawnienia (tak musi mieć uprawnienia), umówiłem wizytę, naszykowałem odliczoną ustawowo kwotę, pojawiłem się wyznaczonego dnia o wyznaczonej godzinie. Wizyta przebiegłą bez problemu, choć uświadomiła mi problem z którym będę musiał się zmierzyć w ciągu kilku najbliższych lat a o którym nie wiedziałem. Z zaświadczeniem od lekarza, zdjęciami od fotografa i wypełnionym wnioskiem udałem się do urzędu zła i niekompetencji, wydziału komunikacji w Żyrardowie. Pobrałem numerek, udałem się pod pokój i nie swoje sprawy załatwiłem od ręki, ale swoje niestety nie. Okazało się że moja sytuacja jest skomplikowana ze względu na przeszłość i na pewno w tym pokoju nie załatwię PKK. Wskazano mi właściwy pokój, udałem się niezwłocznie. Pani wyjęła z pancernej szafy zawierającej tysiące podobnych do mojej sprawy teczek, jedną. Jedną zawierającą moją historię. Na szybko zapoznała się i wyjaśniła mi jak będzie wyglądać procedura odzyskania moich marzeń oraz dlaczego będę musiał odwiedzić ponownie lekarza, choć innego. Gdyby 18 lat temu zrobił jeden dopisek na swoim piśmie to mój problem byłby wtedy prawie rozwiązany. Szybka weryfikacja czy dziś lekarz przyjmuje z wynikiem pozytywnym, mam wolne więc trzeba jechać i ogarnąć ten temat. Ale nie mam do niego skierowania, a jest wymagane. Po negocjacjach z Panią zrobiliśmy skierowanie które przez urząd było akceptowalne, przez lekarza też. Choć pewnie lekarzowi bardziej niż na skierowaniu zależało na Włądku. Szybka teleportacja do innego miasta do tegoż lekarza, gdzie po szybkim przedstawieniu sprawy okazało się iż zaczynamy od ręki, na co po cichu liczyłem. po 1,5 godziny zadowolony z siebie z zaświadczeniem w ręku teleportuje się z powrotem do Pani urzędniczki. Jakież było jej zdziwienie że udało mi się załatwić tą sprawę tego samego dnia. Nie miała wyjścia i musiała mi dać upragnione PKK. Tylko zapomniała powiedzieć gdzie i kiedy i u kogo będzie się znajdować, co było powodem kilku dziwnych sytuacji ktorych można było uniknąć.
Na telefonie zainstalowałem aplikację do nauki pod egzamin teoretyczny. Dwa tygodnie nauki w wolnych chwilach, powtórzenia trudniejszych pytań aby je utrwalić. Następnie umówienie terminu, zapłata za egzamin, przeniesienie o blokada PKK w WORD i wizyta w WORD. Wizyta zakończona wynikiem pozytywnym. Po egzaminie poprosiłem, zupełnie niepotrzebnie, aby WORD zwolnił mojej PKK. Wyszedł tu fakt że Pani w urzędzie nie wyjaśniła mi kiedy, kto i dlaczego będzie miał moje PKK zablokowane u siebie. Na moją wyraźną prośbę/groźbę zwolniono PKK i … wróciło do urzędu. Zostało poczekać na odpowiednią pogodę i brać się za naukę praktyczną. Naukę która wydawała się banalna a okazała wcale niełatwa i czasami wręcz okrutnie trudna.
Przyszła dobra pogoda, rozpocząłem kolejny sezon motocyklowy na 125 i poszukiwania szkoły nauki jazdy. Szkołę znalazłem za namową kolegi, umówiłem się na rozmowę, przedstawiłem swoją sytuację i swoje oczekiwania co do mojej wizyty. Uzgodniliśmy kwotę, przekazałem dane do PKK i okazało się że jest problem. Kolejny wynikający z tego że Pani w urzędzie nie wyjaśniła PKK. Po interwencji udało się odblokować PKK i wtedy nastąpiła zmiana w szkole jazdy. Zmiana mojej sytuacji i toku mojego szkolenia. Okazało się że nie potrzebuję przeprowadzania całej procedura szkolenia, tylko minimum aby zdać egzamin. Umówienie więc pierwszego terminu jazd z myślą „przecież to będzie spacerek po bułki”. Początek dostałem 125 i po 20 minutach było ogarnięte, slalom wolny spoko bez problemu, ósemka spoko bez problemu. Więc skoro zostało jeszcze 40 minut a 125 ogarnąłem to przesiadka na 650. I tu się okazało że to nie będzie spacer po bułki, tylko trzeba się wziąć za robotę. Przez pozostałe 40 minut tylko cztery razy udał się poprawnie slalom wolny, a ani razu nie udało mi się zrobić poprawnie ósemki. Pierwszy dzień zakończył się dla mnie szokiem, głębokim szokiem i sprowadzeniem mnie na twardą ziemię. Dopiero na drugiej i trzeciej godzinie zacząłem się dogadywać z 650. Na kolejnej godzinie wizyta w byłym mieście wojewódzkim zakończona raczej pozytywną opinią. Przejechałem się również trochę drogą po za teren zabudowanym, co prawda tylko do 75km/h ale dobre i to. Radość jaką sprawiła mi ta jazda niesamowita. Co utwierdziło mnie w przekonaniu że warto walczyć o swoje marzenia. Po kilku kolejnych godzinach umówienie wizyty na placu egzaminacyjnym, ale nie na egzamin tylko na jazdę. Niestety urządzenia pomiarowe nie były dla mnie dostępne przez co nie byłem w stanie poprawnie zweryfikować czy moje przejazdy mieściły się w granicach ustalonych w ustawie. Potwierdziła się również teza instruktora o wadzie placu egzaminacyjnego która nieznacznie ale jednak utrudnia pewne manewry. Ponieważ manewry na placu egzaminacyjnym są szczegółowo opisane więc niektóre z nich da się opisać matematycznie. Takim manewrem sprawiającym mi trudności był szybki slalom który trzeba wykonać z określoną minimalną prędkością. Prędkość minimalna oznacza iż pomiędzy bramkami wjazdowymi a bramkami wyjazdowymi musimy spędzić określoną ilość czasu lub mniej. wykonałem obliczenia, zakupiłem stoper i umówiłem się na kolejną godzinę na placu egzaminacyjnym. Niektóre wyniki wskazywały iż jechałem nawet 6 km/h niż powinienem. Wyniki okazały się niestety złudne.
Ponieważ godziny jazdy wydawały się że dają zamierzony efekt to umówiłem się na egzamin praktyczny. Pojawiłem się o umówionej porze, wylegitymowałem się, ubrałem. Nie założono mi interkomu czego nie zauważyłem i początkowo mnie nie zdziwiło, jednak później wiedziałem że tego egzaminu zdać nie mogłem. Egzaminator wyjaśnił poszczególne elementy egzaminu i zacząłem. Na początek opowiadanie o wybranych elementach, spoko. Następnie ósemka, zawsze mam problem z liczeniem ile już zrobiłem. ale też spoko. Następnie slalom wolny, też spoko. Co oznaczało że połowę elementów których się obawiałem mam już za sobą. Następnie slalom szybki, pierwszy przejazd dał wynik 27km/h, o 3 za mało. Więc próba numer dwa, wynik 28km/h, lepiej ale nadal poniżej progu zaliczenia. I to był koniec pierwszego egzaminu. ponieważ plan nie zakładał porażki więc zaraz po egzaminie poszedłem do okienka umówić się na kolejny. Termin umówiony więc dobrałem dodatkowe godziny jazdy aby się poprawić. Na kolejnym egzaminie miałem okoliczność zdawać z kimś kto zdawał na A1, czyli 125. Niestety egzaminowany nie potrafił nawet włączyć świateł drogowych, co egzaminatora zupełnie rozłożyło i musiał go oblać. Nawet minimum wiedzy jest wymagane, której on nie pokazał. Mój egzamin zakończył się na tym samym elemencie na placu choć z innej przyczyny. Musnąłem pachołek, nie przewrócił się, nie przesunął się, ale było słychać to muśnięcie. Co oznaczało koniec egzaminu. Następnie umówiłem się na kolejny termin i dobrałem kolejne godziny. Tym razem pokonał mnie slalom wolny. I tu coś pękło w mojej głowie, Umówiłem się na na kolejny termin egzaminu i zmieniłem szkołę jazdy. Oczywiście nie widziałem potrzeby informowania starej szkoły o mojej zmianie, moja sytuacja pozwalała mi na zmianę co godzinę bez jakichkolwiek konsekwencji. Nowa szkołą miała jedną wielką przewagę nad poprzednią, miała urządzenia pomiarowe które ma WORD, więc wynik był od razu. W nowej szkole wykupiłem tylko jedną godzinę jazdy, Nauczony doświadczeniem przekazałem co już zrobiłem, ile było jazd, ile było egzaminów i na czym poległem, oraz które elementy chciałbym przetrenować. Jazdę miałem o godzinie 7 rano, a egzamin o 8. Ponieważ do problematycznego elementu egzaminu na nowym placu nie było miejsca rozbiegowego więc zmieniła się również technika wykonywania tego elementu. Co przyniosło wynik bardzo szybko. Po skończonej jeździe pobiegłem do WORD-u. Tu małą niespodzianka bo poproszono mnie o montaż interkomu od razu. Przy drugim elemencie egzaminator skierował do mnie tekst który mi uświadomił że jeśli tego bardzo nie popsuje to dziś będzie ten dzień w którym będzie dobrze. Musiałem powtórzyć drugi element egzaminu. Następnie wykonałem kolejny, spoko. I kolejny spoko. Po tym jak już miałem slalom wolny i szybki za sobą to wiedziałem że tu już tego nie pozwolę sobie z rąk wyrwać. Pozostało omijanie przeszkody, bez jakiegokolwiek problemu, Hamowanie w miejscu wyznaczonym, bez jakiegokolwiek problemu. Hamowanie awaryjne bez jakiegokolwiek problemu, Górka i poczekanie na instruktora przy wyjeździe z placu manewrowego. Na mieście było jedno miejsce które mnie przerażało gdyż było bardzo manewrowe, miejsce na które zwracał mi uwagę pierwszy instruktor. Miejsce które mi się na egzaminie nie trafiło, na szczęście. Cały egzamin na mieście przebiegł bez problemów. Po powrocie z miasta, na placu manewrowym odbyłem rozmowę z egzaminatorem który zwrócił mi uwagę co może pieszy i kiedy. Oraz dlaczego ludzie robią błędy przy przepuszczaniu pieszych, a zupełnie nie powinni ich przepuszczać. Niestety dziewczyna która również wtedy miała egzamin i również wyjechała z placu, wróciła w samochodzie egzaminatora na miejscu pasażera.
Skoro oba państwowe egzaminy mam zdane to zostało zapłacić w urzędzie. Nie specjalnie chciało mi się jechać do urzędu więc zapłaciłem przelewem i potwierdzenie przelewu przesłałem mailem. Zostało czekać na to aż PWPW wyprodukuje ten kawałek plastiku, choć wg mnie pozytywny wynik egzaminu praktycznego powinien być uznawany jako uzyskanie uprawnień do prowadzenia pojazdów, natychmiast. Natomiast biurokracja twierdzi iż dopiero decyzja administracyjna starosty. Gdyby tylko poczta lepiej działała u mnie (zaorać ich to za mała kara za ich beznadziejność działalności) to poprosiłbym o przesłanie tego plastiku pocztą. Ale poczty unikam jak ognia, więc już wolę udać się do urzędu. Kolejny raz z przebojami, Pani tym razem stwierdziła że mam oddać stare prawo jazdy inaczej mi nie wyda mojego nowego. Nie przypominam sobie aby zapłaciła za nie więc zdecydowanie odmówiłem informując iż nie wiem gdzie się znajduje gdyż po ostatnich przebojach z niebieskimi nie wożę go ze sobą. Wystarczy podać swój PESEL i mogą natychmiast sprawdzić czy posiadam czy nie posiadam uprawnień do kierowania danym pojazdem. Oświadczyłem zdecydowanie iż nie zamierzam go szukać i skoro za niego zapłaciłem to jest mój i nowy ma wydać bo też za niego zapłaciłem. Chyba widząc że nic nie wskóra i moje zdecydowanie (bo już byłem nabuzowany całą sytuacją) skapitulowała. Dostałem nowy plastik świadczący o tym że mogę legalnie prowadzić wszystkie motocykle bez jakichkolwiek ograniczeń mocy, pojemności, stosunku mocy/waga, itp. Później się doczytałem w przepisach że można na wyraźne życzenie właściciela dokumentu pozwolić mu go zatrzymać, robiąc w systemie adnotację że dokument o tym numerze jest już nieważny. Co potwierdza po raz kolejny że Pani która obsługuje interesantów w wydziale komunikacji w Żyrardowie nie zna przepisów które ją obowiązują. Zupełnie jak pracownicy poczty polskiej (nie bez powodu z małej litery). Zaorać to za mało.
Nadal jeżdżę swoim Suzuki Burgman. Nic na razie tu nie zmieniłem, choć po cichu szukam czegoś najlepiej pomiędzy 40 a 70 KM. Więcej jakoś bym za bardzo nawet nie chciał. Coś co mam mieć więcej niż jeden cylinder, wtrysk i ABS. Szukam czegoś w stylu naked, jak wiatr zacznie mnie zdejmować z moto to znaczy że za szybko. Adwenczery mnie nie ruszają, może to jeszcze nie ten wiek. Enduro nie moja bajka. Ze sportów również się wyleczyłem jak usiadłem na CBR600, nie będę jeździł na desce obitej skórą. Choppery i tego typu Harleye nigdy mi się nie podobały. Na razie w grze jest Suzuki Burman 400 wersja z ABS, to stary plan. Spalanie niewiele większe niż obecnie, a zdecydowanie więcej mocy i nie trzeba używać kalendarza planując wyprzedzanie. Za to te same zalety co obecnie, super ochrona przed wiatrem, deszczem, wielgachny bagażnik, niewielki rozmiar pozwalający się przepychać w korkach (ach te miny kierowców samochodów). Drugim w grze jest też Suzuki, ale Gladius. SFV650 wersja z ABS. Przez niektórych znienawidzony jako L na kursie i egzaminie, często porównywany jako następca SV650, choć to chyba mylące. Do jazdy wokoło komina jak znalazł, choć siedzenie nie nastraja optymistycznie, nie ma żadnego porównania z siedzeniem Burgmana, przepraszam „fotelem” Burgmana. Mocy wydaje się jak znalazł, co zapewne odzwierciedli się na stacji paliw. Niewątpliwą zaletą są ceny używanych które zaczynają się w okolicach dobrze utrzymanego Burgmana 400. Do wad które należy mieć na uwadze należy ochrona przed wiatrem i deszczem jaka występuje w nakedach, czyli żadna. Oraz wygląd, o ile przód jeszcze ujdzie, to już tył ehhh…. beznadziejny wydech i jeszcze bardziej beznadziejny zadupek. Zostaje też trzecia opcja czyli też ze stajni Suzuki (tak po prostu wyszło) GSR600. Wygląd dla mnie bajka, niektórym niespecjalnie się podobają przednie kierunkowskazy ale to moje marzenia a nie ich. A wady no cóż 98KM co się na pewno odezwie szybko na stacji paliw. Konie trzeba karmić inaczej się nie da. I jak w poprzednim przypadku to naked czyli ochrona przed wiatrem i deszczem na zasadzie prognozy pogody. Jak nie pada to jedziemy. Ceny fajnych egzemplarzy zaczynają się tam gdzie w SFV650 zaczynamy przebierać jak w ulęgałkach. Ale na razie to marzenie musi chwilę poczekać, poczekać czyli nie chowam go na dno szafy w niebyt zapomnienia, nie chowam ….