Droga do domu

Miałem w swojej historii kilka samochodów. Jedne bardziej udane inne mniej. Obecnie mam Stilo. Fajny, mały, trzydrzwiowy hatchback. Wygląd tego samochodu jest chyba ponad czasowy, nadal jest ładny, pomimo tylu lat.

Skończyło się w nim ostatnio sprzęgło, cóż zwykły element eksploatacyjny. Trzeba wymienić, skontrolować elementy w pobliżu, i dalej cieszyć się jazdą. Po prawie dwóch tygodniach, solidnym opierdzieleniu mechanika mam samochód z powrotem. Denerwuje mnie że palcem muszę pokazywać rzeczy do sprawdzenia. Gdyby od razu zabrał się do rzeczy jak należy to zeszło by się tydzień. Cóż, im więcej rzeczy w samochodzie mi robi, tym gorszą mam o nim opinię. Obecnie wydaje mi się że nadaje się do wymiany oleju i filtrów. Zobaczymy czy się zrehabilituje przy kolejnej usterce. O ile dostanie taką szansę.

Ale wracając do tematu. Samochód odebrany i wracam do domu. W samochodzie chlew, zakurzony, w środku chodził kot mechanika. Dobrze że nic od siebie nie zostawił. Samochód też dziwnie się zachowywał. Przy skręcie tarł się jakiś metal o metal. Średnio to przyjemne. Podniosłem lewą stronę samochodu ale nic nie znalazłem, może po za zbyt dużym luzem na przegubie. Dziwne ma tylko rok. Ale z drugiej strony jakiś dziwny luz się pokazał. Szybka diagnostyka i wyszło że końcówka drążka kierowniczego do wymiany. Co robił mechanik że tego nie widział, nie wiem. Końcówkę już zamówiłem, trzeba będzie wymienić jak przyjdzie. Ale przyjrzałem się jeszcze zauważyłem że osłona tarczy ociera się tarcze. Śrubokręt i kilka sekund później po problemie. Profilaktycznie wróciłem na lewą stronę i sprawdziłem tę samą osłonę z drugiej strony. I to samo. Słabo, oj słabo. Kontrola jakości nie istnieje. Jak można wydać klientowi auto bez sprawdzenia czy jest poprawnie zrobione. Więc części zamówione, przegub będę musiał chyba reklamować w zakładzie gdzie go montowałem. Ale tu miałem pisać o drodze do domu, a ja cały czas o samochodzie. Tak, bo o niego chodzi.

A przyczyną główna był syf który zostawił mechanik. W takim chlewie nikt nie lubi jeździć. Szmatka, odkurzacz, karczer i po kilkunastu minutach było czysto. No może nie całkiem czysto ale lepiej niż było. W przypływie natchnienia naszło mnie aby wyczyścić manetki od kierunkowskazów z tego brudu którym były odklejone. Szmatka, płyn do mycia i do dzieła. Nawet ładnie wyszło. Jak kończyłem z tą dźwignią to pociągnąłem ja do siebie. I wtedy na wyświetlaczu pokazał się komunikat „Follow me 30s”. Nigdy wcześniej go nie widziałem. Pociągnąłem dźwignię drugi raz. „Follow me 60s”. I tak aż do 210. Co dziwne włączyły się światła mijania. Zgasły po wyznaczonym czasie. Super bajer, spotykany niezwykle żadko. Pierwszy raz słyszałem o nim w poprzednim roku w jakimś programie motoryzacyjnym przy okazji prezentacji jakiegoś auta klasy D. Jest wieczór, wracasz do domu, podjerzdzasz pod dom i wyłączasz silnik, pociągasz dźwignie od świateł do siebie i masz 30 lub więcej sekund oświetlenia od wyjścia z samochodu do drzwi domu. Coś widać, nie poruszasz się po ciemku. I to w samochodzie który ma więcej niż 15 lat. Najlepsze w tym wszystkim jest to że ten sam model (tylko kombi), żona miała 6 lat, tym samochodem jeżdżę już półtora roku, a tą funkcję znalazłem dopiero teraz.

Ciekawe o ilu fajnych opcjach tego samochodu jeszcze nie wiem. Chmmm…